Barbara Sielużycka


Recenzja bardzo osobista

 

Spektakl obejrzałam trzy razy. Dwa razy na oficjalnych prezentacjach i raz zaproszona na generalna próbę (dlaczego ja?). Wszystko było w porządku, jak należy. Panie młodziutkie, śliczne, zgrabne (ach te nogi) i śpiewały profesjonalnie. Ubrane, niektóre w biżuterię, wysyłającą tajemnicze blaski na widownię (brylanty, czy co?). Panowie pełni ciepła, przesympatyczni. Ale tanga odebrałam inaczej. Znałam je wszystkie i pamiętałam. Ile to lat minęło od czasu, kiedy usłyszałam je po raz pierwszy : 40,50,60,70 (zdenerwowałam się) słowem dawno. Pamiętam jakie wtedy zrobiły na mnie wrażenie i chciałabym żeby teraz też tak było. Ale nie było. „Norwidy” to zupełnie coś innego. Zawsze, gdy słucham przechodzą mnie dreszcze. Tak było i tym razem. I jeszcze to „wileńskie Ł” Marylka R. ma się od kogo uczyć. Nie podobały mi się jedynie słowa piosenki o mokrej pościeli. Przecież to niehigienicznie. Skoro jednak ktoś ma takie zboczenie to nie powinien chyba o nim opowiadać. Reasumując, wieczór był bardzo udany.

 

Podobno Dowcipna

 

[pobierz] 0.1 MB strefa-wplywu

SCENARIUSZ SCENY AKTORSKIEJ

 

 

Recenzja spektaklu „ Jak jeść, by… nie schudnąć..?!”

 

Poproszono mnie o napisanie recenzji. Jest to dla mnie o tyle trudne, że jestem członkiem zespołu. Napisać dobrze – nie wypada, ocenić źle - też nie wypada. W tej sytuacji zajmę się scenariuszem. W zaleceniach jak się odchudzić nie uwzględniono zakąszania. Niezakąszanie jest po prostu szkodliwe dla zdrowia. Zakąszanie dzieli się na dwa etapy: przed - należy spożyć produktu zawierające kwasy Ω-3 jak np. sardynki, szprotki lub śledzie w oleju , natomiast po – produkty zawierające soki owoców takich jak: pomarańcze, mandarynki, cytryny i krajowe np. arbuzy w celu procesu estryfikacji. Powstające estry – nie trują. Estryfikujmy więc - to powinno być naszym hasłem. Zespół nie estryfikował i przez czas prób zwiększył swoja masę z 864 kg (bez Reżysera) do 980 kg (z Reżyserem). To najlepszy dowód na szkodliwość niezakąszania. Następną rzeczą są sprawy personalne. Do dyspozycji reżysera były Panie: Zapominalska, Podobno Dowcipna, Śmieszna, Bardzo Zdolna, Pikutowska Drobnokoścista, Znudzona, Roztańczona. Czy z tych Pań można stworzyć zespół? – nie można. Jednak Reżyser o tym nie wie i tworzy zespół. A o atrakcyjności spektaklu świadczyć będą Państwa oklaski.


Podobno Dowcipna

 

 

 

Moje pierwsze kroki

 

Od początku przeczuwałam, że zdarzy się cos złego…
A tak myślałam o spektaklu:
Po pierwsze, kogo może zainteresować tekst o odchudzaniu, po drugie to jest za długie, po trzecie za stabilne – tylko siedzimy, po czwarte nie tak wyobrażałam sobie teatr.
Nawet coś takiego powiedziałam za głośno i zostałam przywołana do porządku.
Słusznie, bo myliłam się całkowicie.

 

Przed spektaklem Panie, po profesjonalnym makijażu, były odmłodzone, odprężone, w świetnych humorach i chciały robić teatr. Miały tremę. W odróżnieniu od pozostałych ja jej nie miałam. To nie była dobra prognoza. Podobno tremę należy mieć i ona się kończy z chwilą wejścia na scenę. A jak nie miałam termy to moje granie nie mogło się powieść.


Przed spektaklem każda została wyposażona w mikrofon i lampkę. Ja za uchem miałam dodatkowo jeszcze aparat słuchowy. Na okulary nie było miejsca. Ale o tym dowiedziałam się po rozpoczęciu spektaklu...


Zaczęła Agnieszka. Ja - na pierwszej stronie - mówię trzy słowa, nie musze patrzeć na scenopis. Dalej jest to niezbędne. I wówczas okazuje się, że nie widzę liter... Są rozmazane. Nie mogę założyć okularów, bo za uchem nie ma miejsca. Jeszcze ta lampa, tego nie przećwiczyłam. Wpadam w panikę. Czytam, właściwie mówię to co pamiętam. Czuję ostre działanie adrenaliny: „walcz lub uciekaj”. Oba nie wykonalne. Wtedy słyszę przez mikrofon spokojny, ciepły, znajomy głos „strona 3, drugi wiersz od góry.” A co dalej, jeszcze 13 stron tekstu? Nie wiem jakim cudem litery przestały się rozmazywać. Dobrnęliśmy do końca. Po ukłonach, gratulacje. Przez grzeczność dla mnie też. Nurkuję wśród widzów, chcę poznać rozmiar mojej klęski. Koleżanki z zespołu nic nie mówią. Gorzej być nie może. Widzowie: „Basiu, nic się nie stało, ta mała z kijkami nie umie czytać, jakby im wszystko wyszło ekstra, to by się im w głowach przewróciło”. Wystarczy. Gdzie jest R.? Podobno poszedł odpocząć. Jest mi wstyd i nie mam odwagi przeprosić. Stchórzyłam, uciekłam. W piątek też.

Dziś poniedziałek, nie bardzo wiem jak to się skończy. Od reżysera usłyszałam litościwe: „masz nawet niezłą dykcję”.

 

 

 

 

(odpowiedź reżysera: Dykcja rzeczywiście niezła. R.)

 

 

 

Moje pierwsze kroki część druga


Jak nie musiałam uczyć się wiersza

 

W połowie października R. rozdał nam teksty wierszy, które mamy przygotować. Autorami są same tuzy: Miłosz, ks. Twardowski, Przybora, Gałczyński. Prosiłam Jolę, żeby zamieniła się ze mną tekstami . Ona dostała Gałczyńskiego, a ja ks. Twardowskiego. Bardzo lubię Konstantego Ildefonsa i znam na pamięć wiele jego wierszy, myślałam, że może i ten znam, albo że będzie łatwiejszy.
Nie znałam, nie był ani krótki, ani łatwy . Nie zawsze były rymy, a co gorzej nie zawsze był rytm .
R. oświadczył, że termin – dwa miesiące – powinien nam wystarczyć na nauczenie się wierszy, tym razem na pamięć, a nie na tyle, żeby czytać z kartki. Wygłosił przy tym wykład o wyższości tekstów mówionych nad czytanymi.
Zaczęła się nauka. Trudna, niewdzięczna. Istna orka na ugorze. Nie pomogła metoda PPZ (przeczytaj, powtórz, zapamiętaj). To dobre dla krótszych tekstów. Nie pomogły karteczki przylepiane do mebli.
Nie pomogło powtarzanie tekstu w rytm maszerowania z kijkami. Tymczasem zaczął się listopad i termin występów zbliżał się nieuchronnie. Zaczęłam panikować. Wtedy wpadłam na pomysł, żeby poprosić o pomoc autora. Niech pomoże, skoro pisze wiersze takie trudne do zapamiętania. Już trzeciej nocy znalazłam się w miejscu, gdzie Mistrz z Natalią siedzą pod lampą z zielonym abażurem i słuchają Bacha.
- Ziemianka do ciebie – zaanonsowano moje przybycie.
- Ach , to ty. W czym mogę pomóc?
Wyjaśniam, opowiadając o moich kłopotach.
- To wy mnie jeszcze czytacie ?
Zapewniłam, że i czytamy , i kochamy. Chodzi mi o ,,Powrót”.
Mistrz się zamyślił.

- To ładny wiersz, nie przeczę, że trudny. A nie przyszło ci do głowy, że tym wierszem opisałem twoje wspomnienia. Przecież je wszystkie pamiętasz, nie musisz się ich uczyć. Nie wierzysz? Posłuchaj. Ulica – to twoja ulica, przecież pamiętasz, jak biegałaś po niej z fajerką na drucie i jak fajerka zginęła i co było potem. Albo stróża Józefa i trzepak, pod którym odbywały się obrady sejmu podwórkowego rozwiązywane często brutalnie miotłą przez stróżową.
Albo choinkę. Jest wigilia. W zimnym mieszkaniu mała dziewczynka . Jest głodna, nie ma książeczek, misia, zabawek, nawet kredek, żeby je sobie namalować. Dzwonek do drzwi. Trzech chłopaków trzyma choinkę.
- Całuję rączki – witają twoją mamę.
- My są batiary, po sąsiecku. My są stare konie, a mała dziewczynka nie ma choinki, to my przynieśli. Życzymy wszystkiego dobrego na Święta. Całujemy rączki.
Nie wiesz tylko dlaczego twoja mama płacze, a tata dziwnie chrząka.
- A pamiętasz, inżynierko, pracę w Chorzowskich Azotach i Rudzika, który cię uczył Śląska . Stąd wiesz , czemu na Śląsku na święta są w oknach pelargonie. Nawet pamiętałem o twojej szkarlatynie- sześć tygodni na zakaźnym. Teraz wierzysz, że to twoje wspomnienia.
Idź już , bo nasz czas się kończy. Nie dziękuj. Jak będzie trzeba to podpowiem. Powiedz ten wiersz tak ( a podobno masz dobrą dykcję ) żeby ci, co go słuchają , wszyscy razem choć przez chwilę byli szczęśliwi.
To powiedziawszy, zniknął. W tym momencie zadzwonił budzik. - Ale miałam piękny sen !

 

 

 

 

MINIATURA

 

"Moje ptaszki"

 

 

Moje ptaszki


To było na przełomie lutego i marca. Mieszkałam na Przełęczy Kowarskiej w starym zajeździe turystycznym. Budynek piętrowy na skarpie. Ze wszystkich stron było do niego pod górkę. To był jedyny budynek w promieniu 3 -5 kilometrów. Tego wieczoru pogoda była paskudna, wiał siny wiatr, padał deszcz, chwilami przechodzący w śnieg.


W zajeździe oprócz mnie mieszkało kilkoro moich kolegów z Instytutu. Wszyscy spali. Koło północy usłyszałam uderzenie w szybę. Nie mógł to być pieszy wędrowiec – za wysoko. Nie mógł wiatr uderzać gałązką – w najbliższej okolicy nie rosły drzewa.


Dobrze było pod ciepłą kołderką, ale wstałam. Przez zamknięte okno nic, poza czarna nocą nie widziałam. Uchyliłam okno i wówczas do pokoju wleciało stado ptaszków. Były małe – większe trochę od sikorek, mniejsze od szpaków. Biało -szaro – żółto – niebieskie. Nie wiem jak długo wlatywały i ile ich wleciało. Gdy odwróciłam się, po zamknięciu okna, wszystkie płaskie powierzchnie w pokoju pokryte były biało – szaro – żółto – niebieskim dywanem. Ptaszki nie ruszały się. Nie wiedziałam, czy żyją. Zgasiłam światło, usiadłam i czekałam nie bardzo wiedząc na co. Pilnowałam moich ptaszków. Czułam się ich opiekunką, właścicielką. Wydawało mi się, ze to bajka. Siedziałam prawie nieruchomo i czekałam. Tymczasem zbliżał się świt. Ptaszki dalej były nieruchome. Gdy całkiem się rozwidniło zaczęły się budzić. Prostowały skrzydełka i próbowały latać. Pogoda tymczasem się zmieniła – deszcz ustał, wiatr ustał. Otworzyłam okno. Ptaszki wyleciały. Wówczas powiedziałam reszcie załogi o nocnych gościach. Nie chcieli uwierzyć. Zaczęliśmy odsuwać meble i szukać śladów. Poza odrobina puchu i śladów, które zniknęły po pierwszym praniu nic nie było. Ale ja byłam przeszczęśliwa. Często przypominam sobie ten epizod i ten zajazd i te ptaszki, moje ptaszki.