Mariola Wójtowicz


Byłam funkcjonariuszką…

 

Jakiś czas temu, gdy jeszcze w pełni realizowałam się zawodowo, wpadłam na pomysł, żeby nawiązać współpracę z jedną szacowną instytucją publiczną. Instytucja ta prowadzi specjalną ewidencję freelancerów – bez problemów moje nazwisko zostało do niej wciągnięte.
Kiedy osiągnęłam zaawansowany już wiek emerytalny, postanowiłam zakończyć tę dziedzinę mojej aktywności. Zaczęłam pisać stosowne pismo…
Jak ja mam to sformułować? Aż się prosi napisać: „o zwolnienie z funkcji”.
– Ela, czy my „pełnimy funkcje” w tej szacownej instytucji publicznej?
Po dwóch godzinach telefonicznej wymiany poglądów (nie tylko na temat roli w jakiej w tym przypadku występujemy!) ustaliłyśmy, że przecież nie jesteśmy pracownikami tej szacownej instytucji publicznej, nie mamy przypisanego stanowiska – funkcji – w jej strukturze organizacyjnej. Ostatecznie wysłałam pismo z prośbą „o skreślenie z listy…”

Tymczasem „funkcja” we wszystkich możliwych wariantach zaczęła mnie osaczać.

Dwoje młodych ludzi na przystanku tramwajowym licytuje się, kto z nich ma więcej całkowicie bezużytecznych funkcji w swoich smartfonach najnowszej generacji.
Chłopak w autobusie wypomina swojemu koledze – telefonicznie i na cały głos oczywiście! – że w zapisie jakiejś tam funkcji popełnił błąd.
Osoba, udzielająca wywiadu, podkreśla, że to kierownik zespołu naukowego dba o to, aby jego uczestnicy mogli jak najlepiej wykonać funkcje, które zostały im przydzielone w danym projekcie.
Kolega wrócił wcześniej z urlopu, aby swojemu wnukowi wytłumaczyć, o co właściwie chodzi w tych funkcjach trygonometrycznych – wszak termin egzaminu poprawkowego zbliża się wielkimi krokami.
Na ławce w parku pulchna blondynka w lilaróż bluzce chwali się koleżance w sukience różowoliliowej, że w prezencie ślubnym otrzymała urządzenie wielofunkcyjne, które wszystko za nią zrobi.
Też bym chciała móc nic nie robić…
Marketingowcy dewelopera zachwalają funkcjonalność mieszkań, które już są gotowe do sprzedaży.
Komunikat telewizyjny dotyczący wypadku, który zdarzył się na A4, kończy się oświadczeniem, że podstawowe funkcje życiowe ofiar są stabilne.

A mój nowy komputer nadal, po dwóch sesjach terapeutycznych w serwisie, nie funkcjonuje jak należy.

W piśmie przysłanym z szacownej instytucji publicznej czytam: „…zwalniam Panią z wykonywania funkcji…”
– Ela, no popatrz, jednak byłam funkcjonariuszką publiczną!

 

 

 ***

 

Jak to na obozie ładnie…

 

Dzisiaj przy porannej kawie usłyszałam w radiu przebój sprzed lat. Przywołał wspomnienia – któż nie pamięta „Domu wschodzącego słońca” zespołu The Animals!
A zaczynając od początku…

 

Było majowe przedpołudnie 1969 roku, zbliżał się koniec IV klasy szkoły średniej. To już ostatnia lekcja przysposobienia wojskowego. I komunikat: można się zgłaszać na miesięczny obóz PW w Pustkowie! Nie trzeba mnie było namawiać.
Ktoś powie: obóz PW, też mi atrakcja!
Dla mnie to była atrakcja. Pustków leży co prawda zaledwie 80 kilometrów od mojego domu, ale zawsze to jakaś PODRÓŻ.

 

Na dziedzińcu szkoły rozstawiono namioty – duże, wojskowe. W każdym dwanaście łóżek. Pobieramy sorty mundurowe. Dopełnieniem zielonego uniformu jest beret. Jeżeli jest za ciepło, aby krył głowę, należy go zrolować i włożyć pod pagon na ramieniu.
Ustalono grafik wart przy bramie – trwają po dwie godziny, również w nocy.
Nie pamiętam, żeby nas bardzo nękano. Bo czyż wędrowanie na azymut to nękanie?!

 

A i tak wszystko „kręci się” wokół konkursu marszu i śpiewu. Podkomendni dowódcy plutonu w którym jestem, od lat te konkursy wygrywają. Pan nie przewiduje i w tym roku innego scenariusza, zatem początek jest trudny. Nie godzi się na żadną „Stokrotkę” ani inny „Szumi dokoła las”. Ma być oryginalnie! Aprobuje dopiero „Stary namiot”, a ci którzy słów piosenki nie znają – czyli wszyscy poza koleżanką pełniącą funkcję zastępcy dowódcy plutonu – muszą nauczyć się tekstu w ciągu godziny.
Mój pluton pierwsze miejsce zdobył, chociaż samego konkursu nie pamiętam. Pamiętam tylko refren piosenki:


Nowe namioty są jak marzenie,
Nowe namioty robią wrażenie,
Lecz stary namiot zachował twarz,
Bo który namiot ma taki staż1)

 

Mówi się, że podróże kształcą. I coś w tym jest, bo moją wiedzę w zakresie broni V1 i V2 zawsze kojarzę z pobytem w Pustkowie. O efektach światłej myśli niemieckich konstruktorów w tworzeniu broni, która miała przypieczętować zwycięstwo nazistów w II wojnie światowej, słyszałam zapewne już wcześniej, na lekcjach historii. Ale dopiero tutaj, na poligonie, na którym ćwiczymy strzelanie z karabinków kbks, poligonie, na którym zaledwie 26-27 lat wcześniej testowano V1 i V2, uświadamiam sobie, jak często nasze drogi krzyżują się ze ścieżkami historii.

 

Budowa instalacji poligonowych wymagała rąk do pracy – naziści utworzyli obóz zagłady. Na jego miejscu stoi obecnie pomnik pamięci pomordowanych piętnastu tysięcy więźniów tego obozu. Przed nim, 22 lipca, odbywają się uroczystości Narodowego Święta Odrodzenia Polski. Lokalne władze nie muszą martwić się o frekwencję. Uszeregowani w kolumny karnie słuchamy przemówień oficjeli.

 

Trzeba jednak przyznać, dowództwo obozu dba też o kulturę. W każdą sobotę organizowane są wieczorki taneczne – dyskoteki to wynalazek lat już późniejszych. Ubrani w jednakowo zielone mundurki, z nieodłącznym beretem pod pagonem, szalejemy przy muzyce lokalnego zespołu bigbitowego. Frontman o fizjonomii Seweryna Krajewskiego gra na gitarze lewą ręką. Czy trzeba mówić, jaką furorę robi? Euforia sięga zenitu, gdy zespół gra „Dom wschodzącego słońca”. I nieprzerwanie od 46 lat, dźwięki tej melodii przenoszą mnie do lipcowego Pustkowa AD 1969.
Tak jak dzisiaj rano…

 

Kiedy na ostatnim wieczorku zaprasza mnie do tańca Tadek, grają „Małego księcia”. Po kurtuazyjnej wymianie zdań w milczeniu snujemy się po parkiecie w takt muzyki. On cierpi, bo właśnie rozstał się z dziewczyną, ja bo w czasie tego miesiąca moja grzywka tak urosła, że jej końce zakrywają mi oczy. Próba znalezienia nożyczek, w całym obozie, zakończyła się niepowodzeniem, zatem czuję się wyjątkowo… nieelegancko. Czy dlatego mikroskopijnej chociażby wielkości narzędzie do cięcia, przycinania i rozcinania stanie się od tego czasu nieodłącznym elementem wyposażenia mojej torebki?

 

Zbliża się koniec obozu, gdy z kontrolowanych przecieków dowiadujemy się, że przyjeżdża telewizja. Przygotowania do ogniska trwają cały dzień. Kadra dwoi się i troi, żeby w świat poszła jak najprawdziwsza wizja młodzieżowego obozu przysposobienia wojskowego. Chyba dla wszystkich to pierwsza w życiu okazja podpatrzenia, jak wygląda nagrywanie programu raczkującej przecież dopiero telewizji.


Po emocjach pozowania do obiektywów telewizyjnych kamer, później niż zwykle, zapadamy w sen. Wszyscy cieszymy się, że oszczędzono nam alarmu nocnego, zwykle organizowanego tak w połowie obozu. O naiwności! Nocny alarm jest w programie, a program musi zostać zrealizowany! O drugiej w nocy pobudka. Marszobieg przez wieś i na kilka jeszcze godzin wracamy do łóżek.
Ostatnie śniadanie, wymiana adresów, pożegnania, zdanie mundurów…

 

Jakoś dziwnie się czuję w tej kolorowej i krótkiej sukience!

 

Kraków, 30 sierpnia 2020 roku

 

 

 

1)

„Stary namiot” – słowa: J. Litwińczuk, muzyka: J. Słomczyński